5 września 2010 §
Było to w lipcu 1956 roku. Dwie panny Ferfeckie zdecydowały się na zamążpójście. Stenia wybrała Józka Gańczarczyka, Lena – Leszka Sikorowskiego.
Według relacji Mamy w naszym małym miasteczku byłoby to zdaje się dość ekscytujące wydarzenie, więc postanowili wziąć ślub cicho i dyskretnie poza Skoczowem i na dodatek bez zbędnych wydatków, jakie by ich nie ominęły, gdyby zaślubiny odbyły się w Skoczowie. Nie cierpieli na nadmiar gotówki, nie mieli ochoty na kosztowne klasyczne weselisko, a poza tym zawsze mieli oryginalne pomysły.
Zapakowali swoje rzeczy, wsiedli… oczywiście – na motocykle
» Czytaj dalej «
25 czerwca 2010 §
Tato kochał motocykle
i życie pod namiotem, zatem wakacje moich Rodziców to były motorowe wycieczki po Polsce.
» Czytaj dalej «
19 maja 2010 §
W lipcu 1997 urodził się Maciek i… Aza.
W naszym domu Aza pojawiła się, bodajże, » Czytaj dalej «
4 maja 2010 §
Bretek to pierwszy tak naprawdę mój pies.
Kupiliśmy go na wystawie psów rasowych w Bielsku, w sierpniu 1982 roku. Mój mąż właśnie został powołany do wojska i Bretek miał mi umilić samotność.
Bret z Grodu Juranda w Szczytnie miał wspaniały rodowód i… » Czytaj dalej «
3 maja 2010 §
Zawsze towarzyszyły mojej Rodzinie. Taty młodość udokumentowano zdjęciami.
Jest wśród nich wiele, na których pojawiają się różne czworonogi. Miauczenie, poszczekiwanie stanowiło normalność.
» Czytaj dalej «
30 marca 2010 §
24 marca 2010 §
W naszym domu zawsze było dużo książek. Tato je kochał i tę miłość bardzo skutecznie mi przekazał. Zaczęło się od czytania „na dobranoc”. Najlepiej chyba zapamiętałam „W pustyni i w puszczy” H. Sienkiewicza i „Księgę dżungli” R. Kiplinga. Na pewno były jednak także baśnie – które lubię do dziś.
» Czytaj dalej «
18 lutego 2010 §
Nie wiem, jak Tato to robił – w każdym razie – bardzo umiejętnie i dyskretnie, nim nastolatka zdążyła się „najeżyć” i sprzeciwić – próbował rozwijać moje horyzonty. W innym wpisie już wspomniałam, że nie wiem, jak i kiedy polubiłam muzykę klasyczną i – choć nigdy nie poznałam jej w stopniu zadowalającym – jednak lubię jej słuchać.
W naszym domu panował taki zwyczaj, że gdy domownicy wracali ze swoich zajęć, słyszeli z ust Taty: „Koza*, opowiadaj!” czy „Elenai*, opowiadaj!”. I zawsze się znajdowało czas na rozmowy o minionych chwilach. To nie było zdawkowe, kurtuazyjne „Co słychać?”. To było szczere zainteresowanie, a w stosunku do mnie – powiedziałabym nawet – działanie celowe, nieco podstępne
Otóż – zdawałam wtedy relację nie tylko na temat szkolnych koleżanek czy przerw międzylekcyjnych, ale także z tego, czego się w szkole uczyliśmy. Nie sądzę, żeby Tato aż tak był zainteresowany, np. dopływami Wisły, ale słuchał cierpliwie, zadawał pytania. I tym sposobem ja układałam sobie zdobyte informacje, utrwalałam je, a na dodatek uczyłam się mówić – jak najpłynniej („eee…”,”ten…”, „taki…” – były delikatnie eliminowane z moich wypowiedzi). To, że teraz moje Dzieci starają się mówić „w punktach”, ma chyba właśnie korzenie w tamtych czasach. Poukładaj sobie w myśli, co chcesz powiedzieć i dopiero mów – tego nauczył mnie Tato. (Z realizacją różnie bywa
)
Szkolne wypracowania wcale nie były dla mnie proste, często miałam pustkę w głowie, brakowało mi słów. I zdarzało się, że Tato podrzucał mi jakąś opowieść na podany temat- inaczej mówiąc podsuwał mi ustne wypracowanie.
Początkowo w dużym stopniu wzorowałam się na jego wypowiedziach, później jednak – sama nie wiem kiedy – pisanie stało się prostsze i już nie zawracałam Tacie głowy. Teraz – jako nauczycielka j. polskiego – sprzeciwiam się wprawdzie wypracowaniom pisanym przez mamusie czy tatusiów, ale doskonale wiem, z własnego doświadczenia, że odpowiednio podsuwane sformułowania i pomysły mogą przynieść całkiem przyzwoite efekty (powiem tak troszkę nieskromnie
)
Na zakończenie tego odcinka zdjęcie z edukacyjnego spaceru po wystawie zorganizowanej z okazji Dni Skoczowa
Foto: Tadeusz Kopoczek
cdn.
* „Koza” to o mnie 
* Tak to z Heleny Mama stała się Leną, a nawet „Elenai” – tak się Tacie – jak mawiał – z Malczewskim („Śmierć Ellenai”) jakoś skojarzyło. Nie sądzę, żeby się zaczytywał w Słowackim z własnej i nieprzymuszonej woli. Ówczesne systemy kształcenia bywały o wiele bardziej wymagające, a poza tym nauczycielem Taty był i Gustaw Morcinek, i Julian Przyboś, więc może jednak „Anhelli” stał się przyczyną? (Wiem z grubsza, o co chodzi, ale nie czytałam, od razu się przyznaję.)
23 stycznia 2010 §
Co rok nasuwają mi się wspomnienia z dzieciństwa. Mama krzątająca się w kuchni i szykująca wspaniałości kulinarne – była w tym świetna, choć zawsze umniejszała swoje talenty. Tato, który pakuje „bagaże” – tak nazywałam prezenty, a ja próbuję podglądnąć przez szparę w drzwiach. » Czytaj dalej «