Tato w oczach Przyjaciół

Tadeusz Kopoczek: MÓJ PRZYJACIEL LESZEK

TADEUSZ KOPOCZEK

MÓJ PRZYJACIEL LESZEK

Poznaliśmy się w kwietniu 1957 roku na zbiórce „Podhalanki”. Zaproponował:

– Druhu, pożyczcie mi drużynę. Na sobotę i niedzielę…

Po kilku tygodniach nasza znajomość przerodziła się w męską, dojrzałą przyjaźń. Zbędne były deklaracje i banalne zapewnienia. Mogliśmy na siebie liczyć w każdej sytuacji, nigdy nie doznając zawodu. Takie jest moje zdanie i jestem pewien, że takiego samego  byłby także Leszek.

Nasza przyjaźń sprowadzała się przede wszystkim do wspólnych harcerskich działań. A wiedzieć trzeba, że na tym forum na brak różnorakich przeciwności, w głównej mierze godzących w nas z cieszyńsko-hufcowego podwórka – narzekać nie musieliśmy. Zapewne owo przezwyciężanie, zmaganie się, często wręcz walka nie o własne profity, a wyłącznie o prawo bytu drużyny, o możliwość kształtowania charakterów grona kilkudziesięciu życiowo zagubionych młodych ludzi – hartowała nas i krzepiła wzajemne więzy.

Ileż to nieprawdopodobnych zamysłów udało nam się urzeczywistnić! Jakże barwną była harcerska służba „Podhalanki”, której wodzowaliśmy przemiennie, jednak zawsze do spółki!

Harcerskiej sprawie Leszek podporządkował swe rodzinne i zawodowe życie. Posiadał specyficzny dar bezkonfliktowego godzenia niełatwych przecież obowiązków. Był oszczędny w słowach, posługiwał się piękną polszczyzną, brzydził się wulgaryzmami.

Nie zabiegał o poklask i zaszczyty. Czuł się w pełni usatysfakcjonowany, gdy urządzony przez niego obóz spełnił swoje cele, a harcerze do domów  wrócili zadowoleni, na domiar pełni niezapomnianych wrażeń.

Pierwsze poważniejsze funkcje harcerskie powierzono Leszkowi w roku 1962, kiedy mianowano go komendantem Rejonu Skoczów oraz delegowano w skład  Rady Hufca Cieszyn. W 1974 roku kadra instruktorska Hufca Ziemi Cieszyńskiej usiłowała obdarzyć go  funkcją komendanta. Niestety, władze – nie tylko zresztą harcerskie – „były mądrzejsze”. Podobnie rzecz się miała z obsadą komendanta Hufca Skoczów w roku 1975…

Na swój wielki instruktorski dzień,  Leszek czekać musiał jeszcze 5 lat. I chociaż zdrowie już nie pozwalało mu na  nadmierną eksploatację sił, nie odmówił przyjęcia funkcji hufcowego Skoczowa (rok 1980). To dzięki jego inicjatywie, a głównie wysiłkom, upamiętniona została 50. rocznica zarania harcerstwa w tym mieście. Wtedy jedna z ulic w Łęgu otrzymała oficjalną nazwę „Harcerska”, przy której położono głaz z breneńskiego piaskowca, z umocowaną pamiątkową tablicą z brązu.

Koronnym jego sukcesem było uzyskanie dla Hufca Skoczów (rok 1975) samodzielnej siedziby z rozległym otoczeniem umożliwiającym rozbijanie średniej wielkości obozów letnich. Dla historycznej prawdy: w owym czasie naczelnikiem miasta i gminy był Stanisław Łuczkiewicz, niezawodny przyjaciel harcerzy. Niestety, gdy Leszka zabrakło, osoby, których jedynym atutem instruktorskich szlifów był nic nie znaczący potok słów – wszystko zaprzepaściły.

Leszek przygotował i poprowadził kilkanaście samodzielnych obozów, zazwyczaj rozbijanych w niezwykle atrakcyjnych zakątkach kraju. Do harcerskich legend trafić winien obóz „Podhalanki” w Bieszczadach (rok 1961), gdzie nieocenione usługi biwakującej na bezludziu drużynie, świadczył jej własny samochód, przez Leszka „wykołatany” w skoczowskim „Rolsprzęcie”. Za równowartość złomu…

Nie tylko „willys”. Jego główną zasługą było przekształcenie bezużytecznego pawilonu powystawowego w Parku nad Wisłą, w prowadzący różnorodną działalność harcerski klub młodzieżowy „Szałas”. Kto dziś ma świadomość niepodważalnego faktu, że to „Szałas” stał się zalążkiem utworzonego tu później Międzyzakładowego Domu Kultury?

Wreszcie po to, by „Szałas” mógł tętnić życiem, Leszek utworzył harcerski zespół… muzyczny, a kiedy   się okazało, że bez elektrycznej gitary nic z tego  zamysłu nie wyjdzie, on – inżynier budownictwa lądowego – niezbędny instrument zbudował własnoręcznie.

Tak było od samego początku naszej znajomości. Kiedy czegoś brakowało – znajdował prosty i niezawodny sposób by ową rzecz wykonać, czego klasycznym przykładem niechaj będą nadmuchiwane materace, sporządzane z… rowerowych dętek.

Czegóż to Leszek nie umiał i czym się nie interesował!

Jego chlebem powszednim było kierowanie, bądź nadzór nad  budowami wielu ważnych dla gospodarki obiektów przemysłowych. Kilka lat szefował nielicznemu zespołowi służb komunalnych Skoczowa, z Rynku wyprowadził niezwykle uciążliwy przystanek autobusowy,  tworząc podwaliny pod skromny i funkcjonalny dworzec PKS. Pod koniec swej zawodowej aktywności zmagał się z nieskorymi do solidnej roboty budowniczymi ustrońskiej  dzielnicy leczniczo-sanatoryjnej na Zawodziu.

Pasjonowała go motoryzacja, był wirtuozem motocyklowej kierownicy (mnie nauczył prowadzić jednoślady), kochał fachową literaturę, a każda dziedzina jego zainteresowań reprezentowana była w jego księgozbiorze.

Ciekawiła go   historia i archeologia. To właśnie Leszek wpadł na pomysł „pogrzebania” z harcerzami w międzyświeckim „Piekiełku” (rok 1959), które także geodezyjnie zmierzył w pionie, wzdłuż i wszerz. A kiedy w toku przygotowań do inauguracyjnych  „Dni Skoczowa” zaakceptowano jego pomysł urządzenia wystawy historycznej –w odpowiedniej skali wykonał makietę wczesnośredniowiecznego grodziska. Po upływie kilku dalszych lat dowodzony przezeń harcerski szczep „zaraził” ideą rewaloryzacji stylowych piwnic, jakie znajdują się pod siedzibą skoczowskiego Muzeum. Jeśli   mnie pamięć nie zawodzi, Leszkowi zawdzięczać należy wykwaterowanie lokatorów z zabytkowej, renesansowej kamieniczki przy ul. Fabrycznej, by przeznaczyć ją na muzealne cele.

W młodszych latach Leszek był zapalonym turystą, o wiele dłużej – wyłącznie dla własnej przyjemności – uprawiał narciarstwo, ale do końca swych dni prawdziwy relaks znajdował pod żaglem własnego „maka”.

Leszek wreszcie fotografował i to na poziomie przewyższającym    renomowaną amatorskość. Winien Mu jestem dozgonną wdzięczność za cierpliwe wtajemniczanie we wszelkie – zazwyczaj zazdrośnie strzeżone – arkana posługiwania się nie tylko obiektywem, ale także za tajniki fotograficznego laboratorium.

Tuż po hitlerowskiej napaści na Polskę, po wypełnieniu zadań nałożonych przez Harcerskie Pogotowie Wojenne, Leszek wraz z ojcem opuścił miasto. Mimo ostrzeżeń znajomych, jego rodzic po wrześniowej klęsce postanowił zajrzeć do Skoczowa. Ten nierozważny krok był ostatnim w jego życiu. Zadenuncjowany przez piekarza z Małego Ryneczku, jako jeden z pierwszych znalazł się w szponach gestapo i niedługo po tym zginął w obozie koncentracyjnym.

Leszek osiadł w podwawelskim grodzie. Nawiązał kontakt z podziemnym ruchem oporu, za co został aresztowany i osadzony w krakowskim więzieniu Montelupich, ale dzięki usilnym zabiegom przyjaciół odzyskał wolność.  Do końca wojny przezornie ukrywał się na Turbaczu w Gorcach.

W maju 1945 roku wrócił do Skoczowa, reaktywował I DH im. Pawła Stalmacha, którą przez kilka miesięcy dowodził. W lipcu ukończył kurs drużynowych w Ustroniu Jelenicy, gdzie zdobył stopień Harcerza Orlego. W roku 1946 wyjechał za chlebem, pracował przy odbudowie portu w Gdyni, działał w Związku Młodzieży Demokratycznej. Pracując zawodowo, ukończył studia inżynierskie, w roku 1956 osiadł na stałe w Skoczowie.

Stopień przewodnika otrzymał w 1958 roku, cztery lata później – podharcmistrza, w 1973 harcmistrza, a w 1984 harcmistrza PL (komu przeszkadzało najwyższe instruktorskie uhonorowanie, przyznawane za lata ofiarnej służby?!).

Mam niesłabnącą satysfakcję, iż dane nam było przeżyć nie jedną, wspólną harcerską obozową przygodę. Tak było pod wąwozem Homole w Jaworkach (Małe Pieniny,  rok 1958),   Przyłubsku – zapyziałej wiosce na Jurze Częstochowsko-Wieluńskiej (rok 1962), czy w Żubraczem w Bieszczadach (rok 1974), gdzie fatalna pogoda zmusiła nas do wcześniejszego zakończenia obozu.

Sierpniowy obóz w roku 1976 spędziliśmy w Siewierzu. Leszek miał nadzieję, że na tamtejszym zalewie uda mu się popływać na „maku”. Ale jakoś nie spieszno mu było do żeglarskiego relaksu. Coś go trapiło,  dolegało mu, ale nie pozwalał tego tematu poruszać. Dopiero po powrocie do domu okazało się, że podczas pobytu na obozie doznał pierwszego* zawału serca.

Urodził się 17 lutego 1923 roku w Trzebini, jako syn mierniczego-geodety Henryka i Eleonory z domu Słatyńskiej. Związek małżeński zawarł z Heleną Ferfecką, oboje wychowali jedynaczkę Bognę. Miał zaledwie 65 lat, kiedy 2 sierpnia 1988 roku o własnych siłach trafił do cieszyńskiego szpitala. Hospitalizowany, nie wygrał walki o życie. Niedzielny poranek 7 sierpnia brutalnie przerwał naszą, trwającą ponad 31 lat przyjaźń.

* Był to drugi zawał- przypisek Bogny

Leszek Sikorowski (pierwszy z prawej) oraz autor wspomnień na sierpniowym turnusie (rok 1976) obozu Hufca Cieszyn w Siewierzu. Obok jego „zaporożec” i dwukołowa przyczepa do przewozu żaglówki klasy „mak”, której tajemnicze imię zawsze wszystkich intrygowało (pierwiastek z „to be”).

Wspomnienie ukazało się w XV Kalendarzu Miłośników Skoczowa 2010 (Towarzystwo Miłośników Skoczowa 2010).

Komentarze: 2

  • Odpowiedz

    Józef Krawczyk

    8 października 2010

    Pamietam, Bieszczady, obóz w przymrozkach, podchody a na koniec powódż. Józek

  • Odpowiedz

    Józef Krawczyk

    8 października 2010

    Pamietam, Biesczady, gimnastyka żeby rano nie zamarznąć, podchody, budowanie obozu, cukierki jako wykup , było fajnie

Dodaj komentarz